metalogos blog

Ja tu tylko sprzątam
Tym razem dla odmiany nic nie zapowiadało, że na początku sierpnia nawiedzę Spodek, celem konfrontacji z klasyką metalu, ale nigdy nie mów nigdy. Dzięki odrobinie farta oraz własnej przemyślności wygrałem bilet, a wcześniej zorganizowany w tym samym terminie wyjazd do Iwonicza Zdroju, zmusił mnie w do odbycia podróży Iwnonicz – Katowice – Metal Hammer Fest – krótki nocleg w domu – Katowice – Iwonicz. Efektem oprócz wrażeń muzycznych, sporego zmęczenia i przygód komunikacyjnych na trasie był kilkudniowy ból tyłka (po nastu godzinach w busach to i tak niewielki koszt), no ale czego się nie robi dla muzyki:)

Ze wspomnianych względów logistycznych pod Spodek dotarłem dopiero po 16. Pierwsze wrażenie: dawno nie widziałem takich tłumów na jakimkolwiek koncercie. Drugie wrażenie: kilometrowe kolejki do drogich i mało  zróżnicowanych stoisk żywieniowych no ale to w końcu Spodek więc nie można mieć wszystkiego. Trzecie wrażenie: niezły wybór o dziwo tanich płyt na stoisku Metal Mind, tzn. o ile ktoś polował na dyskografię Darzamat czy coś w tym stylu ale i tak plus, bo miałem się czym zająć aż do 17 gdy na scenę wtoczył się Vader. Specjalne wyróżnienie dla konferansjera który pociskał straszne pierdoły ale na szczęście krótko.

Vader jaki jest każdy widzi – niczym lernejska hydra, gdzie na miejsce jednej głowy odrastają następne, Peter od lat konsekwentnie gromadzi nowych muzyków i niestrudzenie nagrywa kolejne płyty. Dla mniej zorientowanych: teraz prezentują się w składzie Peter, Spider, Hal i Jamaes Stewart, a występ stanowił początek promocji (a to niespodzianka) nowej płyty „Welcome to the Morbid Reich„, będącej w założeniu powrotem do korzeni. Pytanie było proste: czy dali radę? Odpowiedź jak to zwykle bywa, jest nieco bardziej skomplikowana. Vader to nadal koncertowa machina, set był zróżnicowany i szczęśliwie nie brakowało w nim starszych utworów, mnniej szczęśliwie grali też numery z ostatnich płyt no ale nie można mieć wszystkiego. Zagrali też singiel promujący „Return to the Morbid Reich„, i w tej kategorii można ogłosić remis – prawie mnie przekonali że do bardzo dobra płyta (po paru przesłuchaniach, uznałem że to najlepsze co nagrali od dekady, ale i tak trudno powiedzieć że dobre). Na deser sprawdzoną metodą zagrali „Black Sabbath” i „Raining Blood„. Szkoda że zamiast klasyków nie zaprezentowali więcej własnego materiału, ale może tylko tyle zdążyli przygotować na trasę. Na otwarcie głównej części festu sprawdzili się dobrze.

Tłum pod sceną znowu zgęstniał (i ten trend utrzymywał się aż do końca). Pojawiło się więcej spranych katan z naszywkami, trampek i skór, nieodrodny znak że pora na Exodus. Niestety dopadł mnie pierwszy tego wieczoru kryzys energetyczny (patrz punkt o podróży do Katowic) i całość występu weteranów Bay Area zlała się w amorficzną masę. W absorbcji materiału nie pomogło też średnio selektywne brzmienie, ale mówi się trudno. Większosć ludzi bawiła się dobrze więc to pewnie tylko moje malkontenctwo…

Oczekiwanie na występ Morbid Angel przebiegało w atmosferze głębokiego symbolizmu – ekipa nie mogła sobie poradzić z zawieszeniem ich baneru, i co go zawiesili to spadał. I tak przez 10 minut.., Złośliwi mogliby powiedzieć że ta scena trafnie oddawała obecną kondycję ekipy Treya Azagthotha, ale wróćmy do muzyki. „Illud Divinum Insanus” pojawił się po kilku latach oczekiwania i od razu oddzielił fanów od hipsterów oraz ziarna od plew i jak zwykle kiedy pojawiają się kontrowersje nie bardzo wiadomo co z tym zrobić – chcieli zrobić coś nowego i ożywić skostniałą formułę, problem w tym że wyszło jak wyszło: nie mam nic przeciwko urozmaicaniu muzyki o ile składniki użyte do tego celu są odpowiedniej jakości. I jeszcze odgryzanie się w wywiadach, że jak komuś się to nie podoba to znaczy że nie dorósł do takiej muzyki. Dywagacje na bok – koncert był totalny, szlagiery z „Covenant” i „Altars of Madness” to klasa sama w sobie, a to co się działo podczas takiego „Chapel of Ghouls” stężeniem mistycyzmu starczyłoby na uruchomienie solidnej sekty. Do tego trzy numery z IDI, („Existo Vulgore” i „Nevermore” to bardziej tradycyjne granie ale nawet taki „I am Morbid” jakoś dał radę, a pozostałych eksperymentalnych numerów na szczęscie nie zagrali). Tak upłynęła godzina pełna wrażeń, a przecież czekał jeszcze wielki finał – pierwszy i prawdopodobnie ostatni występ Judas Priest w Polsce z Halfordem za mikrofonem.

Tłum po raz kolejny zgęstniał, w efekcie wolnych miejsc nie było nie tylko na płycie ale nawet na sektorach. Scenę zasłoniła płachta z logo Epitaph Tour i rozpoczęło się ostateczne oczekiwanie.
Przyznaję bez bicia, nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem Judasów, ot na tyle żeby znać największe przeboje i od czasu do czasu czegoś z ich reperturaru posłuchać, więc tym bardziej nie byłem przygotowany na to co czego doświadczyłem podczas ponad dwóch godzin spektaklu. Spektaklu wyreżyserowanego w najdrobniejszych szczegółach od kolejności utworów, przez wizualizacje wsparte oszczędną scenografią po dymy, ognie, lasery i obowiązkowy wjazd Roba na Harleyu pod koniec występu. Jednak nie bójmy się zauważyć chłopaki mają swoje lata (minus młody w tym gronie Richie Faulkner), więc muszą gospodarować siłami i trudno wymagać szleństwa od pierwszej do ostatniej sekundy. Z resztą to tylko dodatki, bez których cała impreza straciłaby najwyżej nieco efektowności, a to co najważniejsze czyli muzyka, była tego wieczoru poza wszelką konkurencją. Żywo reagująca publika (choćby odśpiewany przez nią w całości „Breaking the Law„), muzycy w znakomitej formie, a Halford przeszedł sam siebie i stanął obok – jak się jest w takiej formie to można nawet nagrywać płyty z kolędami (jemu się zdarzyło) i pozostać Metal God. Dobór utworów jak przystało na pożegnalną trasę, przekrojowy, dla każdego coś miłego, a przez lata trochę się tego nazbierało więc było w czym wybierać. Nie ma co dywagować – magiczny występ, z gatunku tych które wspomina się latami lub rytualnie sypie głowę popiołem jeśli nie udało się nam czegoś takiego doświadczyć. Jedyny minus że było dużo za głośno, a kiedy ja coś takiego piszę to znaczy że naprawdę było „fucking loud„. Zawsze chciałem coś takiego napisać, a tym razem z pełnym przekonaniem mogę – kto nie był ten przegrał życie…

War Pigs
(Black Sabbath song)
Battle Hymn
Rapid Fire
Metal Gods
Heading Out to the Highway
Judas Rising
Starbreaker
Victim of Changes
Never Satisfied
Diamonds & Rust
(Joan Baez cover)
Dawn of Creation
Prophecy
Night Crawler
Turbo Lover
Beyond the Realms of Death
The Sentinel
Blood Red Skies
The Green Manalishi (With the Two Pronged Crown)
(Fleetwood Mac cover)
Breaking the Law
(Rob Halford let audience sing entire song)
Painkiller
(Drum Solo before the song)
Encore:
The Hellion
Electric Eye
Hell Bent for Leather
You’ve Got Another Thing Comin’
Encore 2:
Living After Midnight


http://www.myspace.com/vader


http://www.myspace.com/exodus


http://www.myspace.com/morbidangelmusic


http://www.myspace.com/judaspriest

Metal Attack Tour 2011

2 komentarzy
Bez zbędnych wstępów – ta impreza po prostu nie mogła się nie udać. Solidna miejscówka, dogodny termin, przyjazna cena i mocny skład oznaczały że tym razem będzie „na bogato„. Takie mniej więcej myśli przelatywały przez moją głowę gdy w słoneczny majowy niedzielny wieczór zbliżałem się do gościnnych bram Mega Clubu. Jeszcze tylko skromne 15 minutowe opóźnienie i Metalowy Atak 2011 można było uznać za rozpoczęty: tym razem gdyby mnie spytać na który z występów czekam najbardziej, nie umiałbym się zdecydować na jeden, co najlepiej świadczyło o całym przedsięwzięciu. Frekwencja bez szaleństw (na oko ze 250 osób) ale niedziela zrobiła swoje, za to promocyjne ceny na stoisku Time Before Time Records sprawiły że niektórzy spędzili tam więcej czasu niż pod sceną…

Zaczęło się od trzęsienia ziemi, ale tym razem już wiedziałem czego się po Medico Peste spodziewać. Po raz kolejny świetny koncert, zabili klimatem i nie było czego zbierać. Kolejny dowód na to że prostymi środkami można osiągnąć więcej: grobowe wokale, średnie i szybkie tempa, proste ale chwytliwe aranżacje i wszystko co najlepsze w jak zwał tak zwał „religijnym black metalu„. Pozostaje czekać na kolejny materiał, kontemplując dzwięki „Graviora Manent” równie żarliwie co do tej pory.

Throneum to fenomen, grają swoje od lat (niezawodne metal archives doliczyło się 29 wydawnictw od 1998 roku), mając w poważaniu wszelkie zmieniające się mody i różne nowoczesne trendy, a przy tym nie stojąc w miejscu i z każdym materiałem dodając coś nowego do swojej jakby nie było prostej i hermetycznej konwencji oldschool death/black metalu. No i wyszło trzech facetów na scenę i gdy zaczęło napierdalać swoje nieskomplikowane, obskurne acz wyjątkowo chwytliwe opusy to cytując klasyka „wiedziałem że coś się dzieje„:P Szkoda że tylko pół godziny, ale lepszy niedosyt niż przesyt, dzięki czemu można było zachować siły na ciąg dalszy wieczoru.

Infernal War zrobiło to co zwykle czyli infernalną wojnę na scenie i pod sceną. Trudno napisać coś nowego, bo ile razy można pisać że znowu było wzorowo. Jedyna nowość to utwory ze splitu z Kriegsmaschine których nie miałem wcześniej okazji usłyszeć na żywo. Zgrabnie wpasowały się w set obok takich klasyków piekielnego napierania jak „Ściąć Nazarejczyka„, „Spears of Negation” czy „Death’s Evangelist„. Znowu zaledwie pół godziny, a ile wrażeń. Licznie zgromadzona ekipa pod sceną nie pozostawiła wątpliwości kto rozdaje karty w kategorii death/blackowej nienawistnej sonicznej przemocy (ładny tag mi wyszedł, może go opatentuję?:))

Christ Agony nie da się nie lubić: tzn. można ale po co? Powrót do bardziej klimatcznego grania, jako że set był oparty o numery z „Moonligtht Act III” co również nie dziwi nikogo kto nie usłyszał o nich wczoraj. Za zestawem perkusyjnym tym razem Paul (ex Vader), Cezar i Reyash jak zwykle w świetnej formie więc czego chcieć więcej. Cały niemal godzinny set zlał się w jeden posępny majestatyczny manifest ku chwale wiadomych sił i trudno byłoby znaleźć kogoś kto po koncercie byłby niezadowolony. Żeby nie kończyć tak hagiograficznie dodam że wydali właśnie nowy album, ale nic więcej o nim nie napiszę coby nie psuć sobie humoru – na szczęście mam na półce wznowienie pierwszych trzech płyt więc mogę udawać że tej nowej po prostu nie ma. Co i Wam polecam…

Leo Beenhakker dzielił piłkarzy na „domestic” oraz „international level„, z piłkarzami wyszło mu jak wyszło (można powiedzieć że to sprawiedliwość dziejowa za lansowanie Piotra Polczaka), ale zapewne byłby zadowolony gdyby mógł zobaczyć czym się różni „domestic” od „international level” na niwie światowego death metalu. To co „robi różnicę” było właśnie widać na przykładzie Incantation. Fenomenalny występ pod każdym wzlędem, do tej pory znałem ich twórczość pobieżnie ale nawet to wystarczyło żeby dać się porwać temu fajfunowi: znakomite brzmienie selektywne a jednocześnie odpowiednio surowe, poziom wykonawsta, zaangażowanie, setlista, wszystko tak jak być powinno. Każdy element z osobna wystarczyłby na świetny gig ale razem dały jeden z najlepszych koncertów tego roku. Nie ma się co więcej rozwodzić, tylko oczekiwać na powrót amerykańskich weteranów na polską ziemię – im się też podobało więc podobno przybędą w przyszłym roku. Dzięki takim wydarzeniom death metal ma się dobrze i tym optymistycznym akcentem zakończę. Dziękuję za uwagę;)


http://www.myspace.com/incantation


http://www.myspace.com/christagonyofficial


http://www.myspace.com/iwofficial


http://www.myspace.com/throneum

Newbreed i spółka @ Korba

2 komentarzy
Nieodmiennie preferuję małe klubowe koncerty (dla dociekliwych, jak na koncert przyjdzie 300 osób to już mogę go uznać za duży): nie zrujnują budżetu; stanowią okazję do poznania ciekawych zespołów na które w zalewie muzyki nie udało się dotąd natknąc, a często dorównujących uznanym markom; nie są tak ograniczone przez sztywne ramy czasowe więc dobry band nie musi się zwijać po 20 minutach żeby pozostałe też mogły zagrać; no i niezapomniane wrażenia kiedy stoisz tuż obok muzyków chłoniesz ich pot a nawet czujesz co przed chwilą pili – no dobra rozpędziłem się:) W każdym razie małe koncerty na które przychodzi tylko garstka ale za to nieprzypadkowej publiczności, mają klimat o którym duże imprezy a już na pewno festiwale mogą tylko pomarzyć. Jak widać choćby po wpisach na blogu, większe imprezy też lubię, bo najważniejsza jest dobra muzyka, a nie opakowanie w którym się ją dostaje. I dlatego nie mogłem przegapić koncertu Newbreed.

Z lekkim poślizgiem (bo zawsze brakuje jakichś potrzebnych kabli) koncert rozpoczął industrialno-metalowy duet Whalesong, jak to bywa w takich sytuacjach wspomagany komputerem. I jakby to powiedzieć, wynudziłem się solidnie. Nie kumam takiej muzyki więc może po prostu brakuje mi stosownej eksperiencji by docenić te dzwięki, albo faktycznie coś tam nie trybi. Taki Thaw lubię, a po Whalesong sięgnę jak będę potrzebować soundtrack do przerzucenia tony węgla łopatą. Sorry boys.  

O tym że Deviation mnie nie uśpi, wiedziałem od czasu ich poprzedniego koncertu w Korbie. I dla odmiany tym razem się nie pomyliłem. Zeby się nie powtarzać: „Amerykańsko zorientowany death metal (cover Suffocation zagrali nieprzypadkowo) nie brał jeńców. Szybkie tempa, mięsiste riffy, bulgoczący bas, w efekcie cała sala tańczy i śpiewa. Warto dodać że głównie tańczy – wszystkie kapele miały dobre przyjęcie a kilka razy za wolno zareagowałem na zbliżający się młyn i dostałem glanem, uwaga techniczna: najbezpieczniejsze okazało się miejsce przy ścianie z boku sceny gdzie z niewiadomych przyczyn było też najlepiej wszystko słychać:)   Miejcie na nich oko. Mocne otwarcie i dobry wybór (…)” Narzekałem wtedy na nieprzekonujący wokal ale to już niekatualne, bo znaleźli nowego zawodnika na tą pozycję. Więc jest dobrze, a będzie zapewne jeszcze lepiej.

Eviscerated to kolejna młoda death metalowa ekipa na śląskiej ziemi. Solidny warsztat, niezłe kompozycje, dobry wokal, słowem brutal death metal jak z podręcznika dla opornych. Z tym że to podręcznik na bardzo dobrym poziomie więc miejcie na nich ucho.

Banisher jak przystało na współorganizatora trasy, kazał na siebie dłużej czekać ale też przyciągnął najwięcej ludzi. I nie był to czas stracony: co prawda największy entuzjazm wywołał cover muzyki z Mario, ale pozostałe wątki muzyczne prezentowały się również całkiem okazale: techniczny death metal nie stroniący od bardziej agresywnych wtrętów, poparty różnorodnym wokalem i poczuciem humoru twórców (przykładowo „Blowjob Queen” czy „Brutal Vasectomy„). Zabawa była przednia i pewnie jeszcze wpadnę na ich koncert jak będzie okazja. Mimo wszystko koncertem wieczoru miał być dopiero ten następny.

Jeśli jakiś zespół ma pecha do grania w Katowicach to jest nim na pewno Newbreed. Jak nie powódź, to brak lokalu, jak nie brak lokalu to inny kataklizm. Gdy udało im się w końcu zagrać w Kultowej razem z Division by Zero jesienią 2009, to wydawało się że zły czar prysł, ale jednak wisi nad nimi jakieś fatum… Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że po występie miejscowych supportów i Banishera, wszyscy poszli pić/do domu/czy gdziekolwiek indziej i na koncercie Newbreed zostało maksymalnie 10 osób? Hint: jeśli planujecie zagrać gdzieś dalej od domu upewnijcie się że nie grają przed wami lokalne kapele po których wszyscy sobie pójdą albo woźcie ze sobą własną publiczność:) Rzekłem. Mimo tych przeciwności zagrali prawie cały set, w którym znalazło się miejsce zarówno dla utworów z nowego albumu zatutułowanego dla niepoznaki „Newbreed” oraz numerów z poprzednich płyt jak również moich ulubionych „Shelter” i „Cloudy-Coloured Window„. Ja jestem kupiony: nadal rzeźbią swój nieoczywisty prog metal, coraz bardziej odległy od death metalowych korzeni, łatwych rozwiązań i porównań do Opeth, a coraz bliżej rejonów charakterystycznych dla Katatonii, Mastodon, Meshuggah czy Alice in Chains. Dla każdego coś miłego i tylko szkoda że tak mało osób postanowiło się o tym przekonać własnousznie. Nic to – obiecali że jeszcze tu wrócą i pozostaje życzyć im wytrwałości w fedrowaniu ich małego metalowego poletka.


http://www.myspace.com/whalesongofficial


http://www.myspace.com/deviationofficial

www.myspace.com/evisceratedofficial

http://www.myspace.com/banisher


http://www.myspace.com/newbreedmetal

Unholy Carnival Tour

2 komentarzy
Kiedy pojawiła się wieść że Azarath w przerwie między nagraniami płyty rusza w trasę żeby siać zniszczenie i zostawić pożogę, posępnie (to Azarath więc nie wypada napisać radośnie:P) odliczyłem srebrniki aby wziąć udział w tym przedsięwzięciu. Tym bardziej że headlinerem miała być Vesania, która ze względu na zobowiązania muzyków w innych kapelach (sami wiecie jakich) ostatnią trasę grała w 2006 roku, więc trzeba było skorzystać. Co prawda czas nie obszedł się z ich debiutem szczególnie łaskawie, ale ja nadal bardzo lubię a kogo nigdy nie ruszały dzwięki „Firefrost Acranum” niech pierwszy rzuci wirtualnym kamieniem… Na katowickim koncercie skład uzupełniali death metalowi weterani z Nomad z nową płytą oraz wyróżniający się głównie nazwą Sammath Naur. I tak się impreza zapowiadała aż parę dni przed startem trasy okazało się że basista nie dostał wolnego w robicie i Azarath nie zagra. Fail. Na ich miejsce wskoczył Lost Soul więc tragedii nie było bo to zacna ekipa, ale jak się ich widzi 4 raz w ciagu półtora roku to można grymasić.

Jak mawia Szpakowski: „jak się nie ma co się lubi to się lubi co się lubi„, sztuka jest sztuka więc wyruszyłem odwiedzić gościnny Klub Arkada, który okazał się być całkiem sympatyczną miejscówką. Plus za niezłe nagłośnienie, sprawną organizację i przybycie około 100 osób co stanowiło rozsądny kompromis między pojemnośćią klubu a chęcią doświadczenia koncertu w nieco większym towarzystwie niż swoje własne. Równie sympatyczne okazały się być ceny na stoisku Witching Hour co pozwoliło zająć czas do występu pierwszej kapeli oraz przytulić kasetowe wznowienia dem Behemotha i singla Azarath – pamiętajcie „only tape is real„.

Sammath Naur poznałem dzięki płycie „Self-proclaimed existence” oraz nie poznałem dzięki ich występowi w CK Wiartak bo wtedy nic nie było słychać. Startowali wiec z czystą kartą i wszystko byłoby dobrze ale karta okazała się być cokolwiek zgrana. Awangardowy black/death metal to gatunek po którym widać wyraźnie nieubłagany upływ czasu – dekadę temu grali tak prawie wszyscy a teraz zostali już tylko najwytrwalsi. Niestety ja tego nie kupuję: grać potrafią, jakiś pomysł na siebie i muzykę mają, nawet da się tego słuchać bez bólu, ale zachwycać się tym trudno. Typowy otwieracz, pozwalający jakoś zająć czas. o którym zapominamy zaraz po. Dziękuję postoję…

Nomad to zdecydowanie waga ciężka, wystarczy spojrzeć na sylwetki muzyków:P Death metal sporządzony według tradycyjnych (głównie amerykańskich) wzorców z dodanymi tu i uwdzie patentami z innych rejonów. Co ważne da się to lubić i jest to bardzo koncertowy materiał. Do nowego opusu się mimo kilku prób się nie przekonałem, wydaje się przekombinowany i jakoś nie wyczułem jak go ugryźć ale stary stuff to zdecydowanie dobra rzecz. Ale poleganie na mojej opnii jest równie bezpieczne co gra w rosyjską ruletkę karabinem maszynowym więc najlepiej sprawdźcie sami…

Wraz z pojawieniem się Lost Soul, tłum pod sceną zauważalnie zgęstniał, widać na co młodzież teraz chodzi (że średnia wieku publiczności po raz kolejny przypomniała mi zę się starzeję to się wytnie;)) Poza tym po staremu: Grecki nadal cieszy się jakby grał pierwszy koncert w życiu, utwory z „Immerse in Infinity” po raz kolejny swoją złożonościa przerosły możliwości ich selektywnego nagłośnienia, a utwory z demo i wcześniejszych płyt (czy tylko ja uważam „Chaostream” za ich najlepszy materiał?) pokazały że prostszymi środkami też można zebrać obfite żniwo. Przekrojowy set, jak zawsze bezbłedna technika i co najważniejsze autentyczna radość z grania. Wszystko super ale czekam na nową płytę i znowienie demosów i póki czegoś nie wydadzą to na kolejny koncert się nie wybiorę…

Vesania jaka jest każdy widzi, ale ja ich po prostu lubię. „Firefrost Arcanum” to najlepsza kopia wczesnego Emperora od czasu wczesnego Emperora. Później zaczęli kombinować z bardziej klimatycznym graniem, ale nigdy nie zeszli poniżej pewnego poziomu, nieosiągalnego z resztą dla większości tego typu grania. Piszę o tym wszystkim, bo o samym koncercie nie bardzo jest co pisać. Wyszli, zagrali swoje i sobie poszli: poprawnie, bez fajerwerków i sam nie wiem czego się spodziewałem ale liczyłem na coś ekstra a był to „tylko” zwykły solidny koncert. Nie dość że robię się coraz starszy to jeszcze coraz bardziej sentymentalny, cóż… I tak było warto, najciekawszy komentarz odnośnie gustów młodej publiki usłyszałem już wychodząc z klubu kiedy to chłopak do dziewczyny: „Fajny koncert tylko to Lost Soul za bardzo napierdala„. Takie czasy…


http://www.myspace.com/sammathnaur


http://www.myspace.com/nomadsatanicdeathmetal


http://www.myspace.com/lostsoulofficial


http://www.myspace.com/godthelux

Reaktywacja

2 komentarzy

Wróciłem;) moich wszystkich 5 czytelników pewnie straciło nadzieję, a cała reszta zaczęła już otwierać zmrożone szampany trzymane na okazję tego że będą już narażeni na oczywiście jak zawsze przypadkowe natknięcie się na wyziewy mojej pisarskiej indolencji. Ale nie ma tak łatwo: kolejne ciekawe koncerty w drodze więc dopóki nadal mnie to bawi, postanowiłem spisać swoje jak zwykle tendecyjne wrażenia; poza wszystkim nie robię się młodszy i pamięć już nie ta, a chciałbym kiedyś móc poczytać sobie gdzie to mnie nosiło. Niefart że w tym celu będę musiał sam to sobie najpiew napisać ale nie zawsze jest tak jak chcemy:)
Pierwszy weekend marca nie zapowiadał się szczególnie, choć koniec końców w ciągu trzech dni odwidziłem trzy zacne koncerty i o nich będzie ta opowieść….




Piątek bo rock to zabawa czyli Fill @ Cafe Zaszyta




Uwaga taksonomiczna: ja wiem że Fill żeby się nie mylić z Feel, nazywa się teraz Spl!t ale dla mnie to Fill i tej wersji się będę trzymać. Biorąc pod uwagę jak często grają koncerty to nie chciałem takiej okazji przegapić, bo wbrew pozorom ich debiut to jedna z częściej słuchanych przeze mnie rockowych płyt. Już pomijam że mało brakowoło bym w ogóle się o koncercie nie dowiedział: takie czasy, że bez informacji w necie trudno ogarnąć co się dzieje, jednak los się zlitował i trafiłem na samotny plakat na mieście…
Kto słuchał ten wie, a pozostali powinni wykonać kilka kliknięć i samemu sprawdzić o co kaman – w każdym razie tego radosnego alternativ punk rocka (nie ja to wymyśliłem tylko tagi na myspace) nie da się nie lubić. W porównaniu do 2007 roku zagrali parę nowych kawałków, też fajne jak zwykle każdy w innym stylu, plus prawie wszystkie z płyty, oraz parę intr przed kawałkami i gościnny udział ich byłego gitarzysty który grał na digeridoo czy czymś takim. Co wielką niespodzianką nie jest bawiłem się świetnie ale kto nigdy nie śpiewał po kilku głębszych znanych i lubianych przebojów ten nie wie co stracił :P
Sama Zaszyta straciła punkty za brak zakazu palenia w lokalu, gdyby nie koncert na pewno bym nie został a tak nawdychałem się tyle syfu że dzień później miałem dość: cóż dla muzyki się czasem trzeba poświęcać.





http://www.myspace.com/splitenergy

Sobota bo dużo srogi death metal czyli Sinister @ CK Wiatrak

Taka impreza po prostu nie mogła się nie udać, Sinister widziałem poprzednio w 2002 (khem wyszło że trochę dawno, dlaczego ja jestem już taki stary:D) do tego zacne supoorty, niezła organizacja i więcej stoisk z płytami niż funduszy, gdyby jeszcze 840 dowożący mnie na miejsce nie był tak nieprzyzwoicie duszny i pełny to nie miałbym się do czego przyczepić.

Ledwo zdążyłem przejrzeć pierwsze pudło z płytami, a na scenie zainstalował się Infatuation of Death, jak pisałem już przy okazji ich koncertu w Korbie, stare kawałki niszczą nowe niszczą jeszcze bardziej, old school satanic death w najlepszym podziemnym wydaniu. Jeśli pofatygował się tam Rogaty to zapewne sam stukał kopytem do rytmu „Heretic Hellspawn Holocaust„.

Następny w kolejce F.A.M. prezentował klasyczny grind death na dwa wokale (growle i świniaki) oraz skejtowski image. Nie moja bajka ale na koncert w małej dawce przyjemny przerywnik.

Kolejny Amorphous to death metal z dużą ilością melodii i solówek, ale nie pozbawiony przy tym pazura na szczęście. Na początku trochę przynudzali ale potem się nieco rozkręciło więc występ można uznać za dobre urozmaicenie srogiej sonicznej przemocy dominującej tego wieczoru. Marek Pająk nie zapomniał jak się gra na gitarze, świata tym nie zbawią, ale słucha się miło, a i okazji do wykazania Spider ma więcej niż w Vaderze gdzie jak wiemy szef jest tylko jeden.

Embrional jaki jest każdy widzi: jak wiemy z parodii Upadku na yt „pierdolnięcie jest najbardziej prymitywnym zabiegiem w historii muzyki” ale czasem trzeba:P Embrionalowe koncerty mógłbym oglądać codziennie (zn. chłonę je jak youtube’owy Hitler demotywatory:P), jak zawsze żywiołowo i zawodowo, obskurny sound dodawał klimatu zamiast przeszkadzać. W przygotowaniu drugi album, wznowienie demo i split, znaczy będzie się jeszcze działo. Taki death metal to pomost między old schoolowym łupaniem i bardziej zaawansowanymi technicznie wynalazkami, co prawda pomost nabijany ćwiekami i śmierdzący siarką ale zawsze pomost:) Wszystkiego po trochu dokładnie tyle żebym się cieszył jak gimnazjalista pierwszym tanim winem:D (a przynajmniej tak się domyślam bo nie chodziłem do gimnazjum:))

Supreme Lord – niespodzianka wieczoru, reaktywowany band Reyasha znanego tu i ówdzie (Christ Agony, Vader, Profanum, Witchmaster). Powiem tyle – działo się:) Ten typ tak ma – kawałki raczej proste ale wciągają od pierwszej sekundy, tak się kiedyś grało a teraz niektórzy próbują do tego lepiej lub gorzej wrócić. Jak widać niektórzy nie mają do czego wracać, bo nigdy z tego nie wyrośli, nowa płyta w drodze, ale ta muzyka przede wszystkim sprawdza się na żywo, z resztą przyjęcie mieli jak gwiazda wieczoru co też o czymś świadczy. Ogólnie „death metal for life„.

Nominon: druga fala szwedzkiego śmieć metalu w całej okazałości, płyty zwróciły moją uwagę ale w zalewie muzyki jakoś nie zakotwiczyłem przy nich na dłużej, koncert miał zweryfikować moją opinię i dać im szansę. I tu mam dylemat, przekonałem się że nowa płyta to całkiem konkretny wyziew, ale równocześnie okazało się że koncertowym zespołem to oni nie są, źle nie było ale na płytach prezentują się lepiej, plus prawie dostałem pustą puszką po piwie rzuconą przez wokalistę ze sceny, ale nie miało to wpływu na moją ocenę;)

Sinister – sądząc po ilości ludzi, magia tej nazwy nie działa już tak jak kiedyś, zmiany składu, problemy z wytwórnią, zmiana stylu, ale to nadal solidna death metalowa maszyna, która choć nie grająca już jak na uber kultowym debiucie nadal tworzy muzykę na poziomie. Ważne jest tu i teraz: dwie ostatnie płyty to całkiem solidne granie a tego co nagrali kiedyś już nikt im nie odbierze, setlista mogla zawierać więcej staroci i nie zagrali „Cross the styx” ale i tak było fajnie. Choć machając łbem przy samych barierkach mogłem przegapić jakieś niuanse wykonawcze… Sound mógłby być nieco klarowniejszy, ludzi odrobinę więcej (było ok 200) ale przynajmniej nie było tłoku, a to co było i się odbyło wynagrodziło wszelkie niegodności.


http://www.myspace.com/infatuationofdeath


http://www.myspace.com/panzergrind


http://www.myspace.com/amorphousband


http://www.myspace.com/embrional


http://www.myspace.com/supremelordpoland


http://www.myspace.com/nominon

Niedziela bo tak czyli Kruki w Mega Clubie

Tu będzie krótko bo nie znam się na muzyce, świetny koncert do tego nagrywany na potrzeby dvd więc może mnie gdzieś tam będzie widać.
eL-4 to koncertowa petarda, jak zwykle nie słucham takiej muzyki tak oni się bronią zaangażowaniem, dobrymi riffami i konkretną siłą uderzenia, płytę pewnie zignoruję ale na koncert się jeszcze przejdę bo dobrej rozrywki na poziomie nigdy dość a o solidny polski hard rock coraz trudniej szczególnie od kiedy media twierdzą że Szymon Wydra się do tej kategorii łapie:)

Kruki pozamiatały – dwa nowe numery, sześć starych dwa covery i półtorej godziny z głowy:) w tym na deser 20 minutowa wersja „Child in Time” w której działo się więcej niż w całej dyskografii takiego… albo nie będę okrutny i nie podam przykładów;) Przy całym zaawansowaniu technicznym i prog rockowych ornamentacjach to są przede wszystkim to są po prostu świetne utwory i dobrze się tego słucha, czego nie mogę powiedzieć o większości progresywnego grania, ale skoro nie znam się na muzyce to mogę sobie pozwolić na wygłaszanie takich opinii:) było świetnie i to najważniejsze. Gdy kurz już opadł i druga płyta w końcu się ukazała, niestety czar prysł: pierwsza opierała się na solidnych hard rockowych podstawach co odpowiadało moim prostym gustom, a druga zawiera więcej prog rockowego kombinowania i trochę się to wszystko rozmywa. Manewr z zaproszeniem Kupichy na wokal do coveru Tiny Turner wybaczam bo kawałek jest fajny a jakoś trzeba zainteresować ludzi płytą i wepchnąć się do Teleekspresu. Rzekłem.


http://www.el-4.pl/


http://www.myspace.com/krukofficial

Metal Fest 2011

Brak komentarzy
Jak wiecie, lubię raz na czas wpaść na solidny metalowy koncert, pomachać łbem, kupić jakąś fajną płytę i z poczuciem właściwie spędzonego dnia wrócić do domu. Nie trzeba być wielkim mędrcem żeby stwierdzić że tego typu granie w większości sprawdza się lepiej na żywo. Są też, zespoły które dopiero w scenicznych warunkach w pełni rozwijają skrzydła i pokazują kto tu rządzi. Poza wszystkim do Frontside mam po prostu spory sentyment (nie dość że są z mojego miasta to jeszcze zagrali lata temu jeden z pierwszych koncertów z kategorii metal, na których byłem). Doszedł do tego aspekt krajoznawczy, bo na koncertowej mapie regionu mogłem przy tej okazji zaznaczyć MDK w Kazimierzu (równie daleko co do centrum Katowic, ale przynajmniej łatwo trafić).

W ramach interludium, ku przestrodze, notka zapowiadająca ten koncert, pożyczona ze strony internetowej MDK, można się już śmiać:) (nie ma to jak bogactwo i rzetelność informacji) „Miejski Dom Kultury „Kazimierz” w Sosnowcu zaprasza wszystkich na METALFEST 2011, który odbędzie się 19 lutego 2011 roku, w sobotę, o godz. 18:00. Podczas koncertu zagrają: Formis, Post Profession, Frontside. Formis to zespół z Sosnowca, grający muzykę metalową w składzie: MARO – wokal i gitara, HUB – gitara, TOMMY – bass, ZWIERZAK – perkusja. Post Profession to zespół metalowy z Sosnowca, który został założony w 2002 roku. Obecnie w skład grupy wchodzą: Grzegorz Bodzioch „Bodek” – wokal, Miłosz Płachciński – gitara, Maciej Narski – gitara, Piotr Czernik – bass i Piotr Smok – perkusja. Frontside to zespół ze znacznie dłuższą historią (powstał w 1993 roku), grającą Death Metal, który posiada w swojej kolekcji wiele płyt. Skład zespołu: Auman – wokal, Demon – gitara, Nowak – bass, Daron – gitara, Toma – perkusja.”

Żarty na bok. Punktualnie, na świeżo wyremontowaną scenę w MDK’u wtoczył się Formis. Nie zagłębiając się w kwestie personalne, kto z kim kiedy i dlaczego, Ci ludzie nie grają od wczoraj i to słychać. Poza tym z mojej perspektywy istotne że materiał przeznaczony na drugą płytę Iscarioty nie poszedł do piachu tylko doczekał się w ten czy inny spoób wydania. Thrash/Death w rozsądnych proporcjach dozujący szybsze partie wsparte bardziej rytmicznymi fragmentami czy urozmaicone gdzie niegdzie solosem. Mnie się podobało, ludziom też, nie jest to granie które zmieni wasze życie, ale niejednego przerobi na szmaty i tyle mi wystarczy.

Wraz z pojawieniem się Post Profession napięcie zdecydowanie spadło. Nie mam nic przeciwko bardziej tradycyjnemu podejściu do heavy metalu, ale w wykonaniu Post Profession przełożyło się to na powiew nudy. Dziękuję postoję…

Problem z występami Frontside jest taki że jeśli widziało się jeden to nie pozostaje nic nowego do napisania oprócz aktualnej listy utworów, a ta jak wiadomo zmienia się przy okazji premiery kolejnej płyty. Niestety (dla tych którzy liczyli na ciekawostki) koncert promujący najnowsze dzieło „pięciu wspaniałych chłopców z piekła” pod dużo mówiącym szyldem „Zniszczyć wszystko„, widziałem parę miesięcy wcześniej w katowickim Mega Clubie, więc dużo do dodania nie mam. Wtedy pisałem tak: „Frontside widziałem już chyba 10 razy, ale kibicuję im niezmienie od czasu „I odpuść nam nasze winy” więc nie mogło mnie zabraknąć i tym razem. Można się śmiać z ich wizerunku czy tekstów (z resztą o paru powiedzieć grafomania to byłby komplement) ale przedstawienie dają zawodowe, a w samym graniu jest tyle mocy, że starczyłoby na małą elektrownię. Jeśli jakiś zespół widziało się już tyle razy to trudno się spodziewać niespodzianek więc przed występem nurtowały mnie tylko dwa pytania: jak nowy album wypadnie na żywo i co wyleci z koncertowego setu żeby nowości mogły się w nim zmieścić? Prawie półtorej godziny później po około 20 utworach poznałem odpowiedzi na oba pytania – gdybym jeszcze dostał numery totolotka byłby komplet wrażeń ale i tak nie mogę narzekać:) Jak można się domyślić nowe utwory nie zajęły miejsca starych i set został wydłużony tak żeby prawie wszystko dało się w nim upchać. (…) Kto był choć raz na ich koncercie ten wie czego się spodziewać, a kto nie był ten powinien nadrobić zaległości albo chociaż skożystać z dobrodziejstw youtube i dowiedzieć się „o co kaman?” Utwory z nowej płyty zgrabnie wpasowały się w całość, ale nadal nie mogę powiedzieć czy udało im się dorównać do poziomu poprzednich wydawnictw (akurat na tego typu muzykę potrzebuję wiecej czasu i werdykt wydam dopiero za jakiś czas). Z resztą sugerowanie się moimi opiniami to jak granie w rosyjską ruletkę karabinem maszynowym (zn. na własną odpowiedzialność) więc i tak jakoś sobie poradzicie„.  Po raz kolejny set został wydłużony przez dodanie nowych utworów, co nie oznaczało rezygnacji z pozostałych numerów (w sumie zagrali 17 „strzałów”). Zaprezentowali materiał ze wszystkich płyt od splitu aż do najnowszej – „Legiony śmierci„, „Bóg stworzył szatana” czy dawno nie grane „Długa droga z piekła„. Znów więszość stanowiły utwory od Absolutusa w góre. Od jesieni zdążyłem za to osłuchać się z nową płytą i choć nie została moją ulubioną to oddając cesarzowi co cesarskie – daje radę. Jak była mowa na wstępie czasem rzeczywistą siłe granego suffu można odczuć dopiero przy konfrontacji z jej sceniczą wersją – „Zniszczyć wszystko” to rzecz budowana prostszymi środkami i zapewne dlatego dopiero w starciu z żywą materią zbiera odpowiednie żniwo. Nie przeszkodziło temu nawet wyjątkowo zbasowane i nieselektywne brzmienie (rekordowo lipne gdzieś w okolicy bisów) no ale jak się zna te numery na pamięć to nie takie przeciwności da się zwalczyć. Tyle że jeszcze parę takich akcji i zacznę zabierać stopery na koncerty – cóż widać się starzeję…


http://www.myspace.com/formismetal


http://www.myspace.com/postprofession


http://frontsiderocks.com/

Avantgarde Fest

1 komentarz
Jeśli zastosować gradację zainteresowania koncertami możnaby (jak poucza doświadczenie) otrzymać następujące możliwości: nie pójdę nawet jak mi zapłacą; nie pójdę nawet jak będzie za darmo; pójdę jak będzie za darmo i niedaleko; pójdę o ile będzie się z kim wybrać; jeśli tanio i mam czas można być; jeśli tylko czas i fundusze pozwolą…; trzeba być, a całą resztą martwimy się później. Po zastosowaniu tej umownej klasyfikacji do pierwszej edycji Avantgarde Festu w Mega Clubie otrzymałem opcję ostatnią.

Objawienie krakowskiej sceny blackowej Medico Peste, powracający z grobu doom potwór Gallileous, pagan blackowi masakratorzy z Abusiveness, Sear Bliss, Mortifera i przede wszystkim Negura Bunget na drugim koncercie w Polsce (na poprzedni niestety nie dotarłem). Ten skład gwaratował, emocje, wzruszenia i niespodzianki – dostałem to wszystko i nawet więcej choć niektórych niepodzianek mógłbym uniknąć.

Zaczęło się wczesnym popołudniem od spotkania dawno nie widzianych znajomych (znak czasów że ludziom się nie chce ruszyć dupy na koncert i sam się szlajam tu i ówdzie, a Negura Bunget jednak ich przyciągneła), sprawnego przemieszczenia do Katowic, połączonego z przyjmowaniem stymulujących dawek z dobrodziejstw lolalnego browarnictwa i tradycyjnym oczekiwaniem na otwarcie klubu. Potem jeszcze tylko szybki przegląd stoisk z merchem i można było zacząć zabawę.

Medico Peste znane wcześniej było tylko stałym bywalcom krakowskich koncertów, a że to tradycjonaliści bez myspace to nie wiedziałem czego się spodziewać. Czego bym się nie spodziewał nic nie przygotowało mnie na  
religijny black metal według najlepszych wzorców Kriegsmaschine z odrobiną Massemord’owej motoryki. Granie które zabija klimatem, a nie techniką – prawdopodobnie jak za starych dobrych czasów których nie pamiętam, bo aż tak wiekowy nie jestem. Jak zwał tak zwał – spodobało mi się tak bardzo że już po minucie zamiast dywagować nad taksonomicznymi kwestiami przyporządkowania tej ekipy do jakiegoś nurtu czy szulfadki, zainstalowalem się pod sceną by machać łbem ku chwale podziemia i cieszyć się jak gimnazjalista pierwszym tanim winem. Mocna rzecz – kto nie zna, albo co gorsza zna i nie lubi może przestać mnie czytać, bo zapewne nie dojdziemy do porozumienia. Mroczne wróbelki ćwierkały, że wiosną Time Before Time wyda debiutanckie demo Medico Peste na kasecie (pamiętajcie Only Tape is Real) i jak to z mrocznymi wroblami bywa – miały rację. Ja za to mam wzmiankowaną taśmę „Graviora manent” dzięki czemu jestem szcześliwszym człowiekiem odkąd poranki zaczynam przy dzwiękach „A Prophecy Carved on the Face of God„.

Chwila przerwy a po niej chwila oddechu od machania banią poświęcona na występ Gallileous. Funeralny doom metal nie jest moim ulubionym rodzajem muzyki, do tego co by nie mówić trudno go też uznać za najbardziej koncertową muzykę po tej stronie piekła. Na plus solidny wokal i niezłe kompozycje o ile sie przyzwyczaić do ich programowej rozwlekłości i siermieżności – tragedii na miarę ostatniego Dimmu Borgir nie było, ale jednak w połowie niedługiego przecież setu, powróciłem do przeglądania płyt na stoiskach i z tej perspektywy słuchało mi się występ Wodzisławian zdecydowanie lepiej.

Abusiveness z kolei znam i lubię bo to jedyny (obok Saltus) znany mi pagan black metal, który oprócz przesłania ideologicznego posiada też odpowiednie zaplecze muzyczne, dzieki czemu słuchanie pieśni o
Światowidach, Swarożycach i innych takich nie powoduje chęci natychmiastowej ewakuacji poza zasięg dzwięku. Dobry występ, skupiony na utworach z ostatniej płyty, która akurat znam najsłabiej, z każdym kolejnym materiałem grają coraz intensywniej i to się czuje, na szczeście nie zgubili po drodze właściwego sobie klimatu. A że to pracowici chłopcy są – trzeci album Deivos też się już wykuwa w lubelskich kuźniach. Obiecujący przerywnik przed dalszą częścią wieczoru.

Sear Bliss również znam i lubię, a przynajmniej ich ostatnią płytę „Arcane Odyssey„. Umiarkowanie melodyjny, wsparty instrumentami dętymi black metal tych węgierskich zawodników to zdecydowanie stuff którego lubię od czasu do czasu posłuchać, gdy mam akurat przestyt bardziej ofensywnej muzyki, a kogo nie rusza motyw na puzonie w takim „Omen of Doom” ten niech lepiej siedzi cicho. Madziarzy przyjęcie mieli niezłe, tłum pod sceną zdecydowanie się zwiększył i szkoda tylko że dostali tylko nieco ponad pół godziny by zaprezetować się po raz pierwszy przed polską publicznością – przekrojowy zestaw szlagierów z ich repertuaru nie pozwalił się nudzić więc gdyby mogli zagrać ich nieco więcej to ja bym nie płakał. No ale show must go on, a lepszy niedosyt niz przesyt.

W jaki sposób supportem Negury została francuska Mortifera, do dziś pozostaje dla mnie zagadką: obrotny manager, wsparcie wytwórni, różne możliwosci przychodzą mi do głowy, ale niestety nie ma wśród nich samej muzyki granej przez tych być może nawet miłych Francuzów. Grać na istrumentach potrafią, złapać kontakt z publicznością również, zaangażowania odmówić im nie sposób, ale wszystko to blednie przy marności samej muzycznej materii z której składają swe death/blackowe opusy. Ja śmiertelnie znudziłem się juz po paru minutach, to duża sztuka jeśli orientujecie się czego zwykle słucham. O dziwo przyjęcie mieli równie dobre co Węgrzy, więc albo to ludzie gromadnie ogłuchli albo ja już zupełnie nic nie wiem o muzyce. Oceńcie sami.

Negura Bunget to ekipa która trzeba zobaczyć jeśli chce się wiedzieć coś o z braku lepszego określenia, prog black metalu. Nie wspominając już o możliwości obcowania ze znakomitą nietuzinkową muzyką, bo to chyba jasne. Rozważania o procentowej zawartości Negury w Negurze zostawiam na inną okazję (jak wiadomo Negru powadził się z pozostałymi założycielami zespołu i kontynuuje granie pod tym szyldem podczas gdy oni założyli nowy zespół Dordeduh), nie mogę też porównać ze sobą tych dwóch ekip gdyż jako się rzekło nie było mi dane doświadczyć pierwszego Negurowego występu w Polsce w 2007 roku. Zagrali magiczny koncert, ja wiem że obecnie wszystko jest kultowe, albo chociaż jazzy i trendy, ale jak inaczej określić muzykę uruchamiającą najgłębsze pokłady emocji i choć zbudowaną dość prostymi środkami wzbogaconymi o folkowe wtręty to jednak ani przez moment nie epatującą skansenem czy cepelią… Dodatkowo fragmenty z użyciem etnicznych instrumentów były odegrane przy pomocy tychże, a nie dzięki sprytnie zapętlonym ścieżkom klawiszy jak to mają w zwyczaju niektórzy, ba to właśnie te chwile kiedy cały zespół przesiadał się na trąby, piszczałki i inne ustrojstwa odziaływały na moją skrzywioną psyche najbardziej. Właśnie takie chwile przywracają wiarę w muzykę. Rzekłem.


http://www.myspace.com/negurabunget


http://www.myspace.com/mortiferaofficial


http://www.myspace.com/searbliss


http://www.myspace.com/gallileous

WOŚP czyli przystawka

Remanentów ciąg dalszy – tym razem z wykopem w 2011 rok. WOŚP jak WOŚP pobujałem się przy szlagierach Konopians (reggae to dobry pomysł na koncert zimową porą, od razu robi się cieplej i weselej, aczkolwiek w większej dawce bym się pewnie wynudził, około godzina to jednak rozsądna porcja). Następnie pojawił się całkiem przyjemny w odsłuchu, blues-rockowy Faliński Band, ale o tym koncercie nic nie napiszę żeby się do reszty nie skompromitować nieznajomością tematu;P Później w końcu miałem okazję sprawdzić na żywo siłę rażenia Crystal Viper. Bardzo solidny tradycyjny heavy metal, szkoda że tylko pół godziny (cisza nocna nie wybacza), ale co mieli zagrać to zagrali („The Last Axeman” znaczy, niestety nie w wersji polskiej), a mówimy o zespole, który więcej występuje zagranicą niż w Polsce więc nie wypada narzekać


http://www.myspace.com/konopians


http://www.myspace.com/falinskiband


http://www.myspace.com/crystalviperofficial

Kat & RK at Mega Club

Lata lecą (cóż poradzić, jakoś nikt się nie robi młodszy), a ja sobie zimowo-sesyjną porą uświadomiłem, że nie widziałem jeszcze Kata na żywo. Koncerty Kata nie trafiają się codziennie, nawet w Katowicach; do tego należało mi się nieco rozrywki przed egzaminem; od jakiegoś czasu „38 minutes of life” to moja ulubiona płyta koncertowa; a poza tym Kat & Roman Kostrzewski mieli przedpremierowo wykonać numery z nowej płyty której byłem diablo ciekawy (jakoś żadne inne określenie nie pasuje mi do oczekiwania na płytę Kata). Dodając to wszystko do siebie otrzymałem wydarzenie w którym po prostu trzeba było wziąść udział.

Duch w narodzie nie ginie o czym mogłem się przekonać stojąc w kolejce do drzwi Mega Clubu, około 300 osób to wynik który może nie powala, ale trudno ściągnąć więcej ludzi na koncert o ile nie nazywasz się Vader albo Behemoth, a ostatnimi czasy widywałem już takie pustki na koncertach że aż się smutno robiło. Jeszcze tylko tradycyjne półgodzinne opóźnienie i na scenie zainstalował się support-niespodzianka (tzn. nie było ich nazwy na plakacie, więc przynajmniej ja się zdziwiłem)

Mortus jest z Pszczyny i gra thrash metal, dodajmy całkiem sprawnie. Średnie i szybkie tempa, motoryczne riffy, zaangażowany wokalista, sprawna technika użytkowa – gdybym miał zaryzykować szufladkowanie (z tym trzeba uważać bo można sobie przytrzasnąć palce) postawił bym raczej na inspiracje tradycyjnymi amerykańskimi wzorcami. Jak już wielokrotnie wspominałem, nie znam się na muzyce. ale to bardzo koncertowe granie jako „rozgrzewacz” sprawdziło się optymalnie. Na deser zagrali, „Silent Scream” wiadomo kogo i dali radę a to też o czymś świadczy. Gdyby wszystkie supporty rozpoczynające koncerty na których byłem, prezentowały taki poziom to świat byłby dużo lepszym miejscem egzystencji. Dała też o sobie znać główna bolączka wieczoru, brzmienie było dość selektywne, ale sporo za głośne, a skoro nawet ja odniosłem takie wrażenie to znaczy że było na prawdę loud.

Krótka przerwa techniczna i pojawił się Absynth, ekipa która od pewnego czasu konsekwentnie (głównie przy pomocy sieci) stara się sobie wykroić kawałek metalowego poletka do zagospodarowania. Metal wzbogacony elektroniką i wsparty polskimi tekstami to gatunek który łatwo może prowadzić do dysonansu poznawczego przy odsłuchu, w wykonaniu Absynth jednak wszystko nomen omen gra, tam gdzie trzeba i tak jak należy. Kawałki dobrze chodzą unikając przy tym epatowania tanimi sztuczkami. Prosty przekaz, solidne ramy muzyczne okraszone wspomnianą elektorniką i zabawa gwarantowana. Gościnnie w kawałku „Serce dzwonu” pojawił się jakże by inaczej Roman Kostrzewski, choć tekstu do zaśpiewania miał tyle że można było ten fakt przegapić. Tak jak poprzednicy, dostali tylko 20 minut więc znudzić się nie było kiedy i czuję że bez problemu przyswoiłbym i podwójną dawkę takiego grania. Last but not least jako cover zagrali swoją interpretację „Zatańczysz ze mną jeszcze raz” Krzysia Krawczyka i trzeba przyznać to bardziej rebeliancki wybór niż granie po raz setny Metallicy czy innego Black Sabbath. Zabawa była więc można uznać ten manewr za udany. Szykują płytę – bądźcie czujni.

Na występ Eier z kolei oczekiwałem z mieszanymi uczuciami. Koncertem rok wcześniej nie wzbudzili mojego entuzjazmu, ale wtedy dopiero zaczynali koncertowe podboje, a przez rok można sporo nadrobić – debiutancka płyta, trochę koncertów, a poza wszystkim Grażyny za mikrofonem nie da się nie polubić. Tym razem zagrali pół godziny więc w secie zmieściły się tylko najlepsze numery, co samo w sobie stanowi wystarczający plus. Kawałki wydawały się też nieco przearanżowane aczkolwiek mogę się mylić bo dawno je słyszalem. Do tego Grażyna postawiła na przykuwający oko wizerunek (zachęcam do wygooglania zdjęć z koncertu), aż dziwne że nikt się nie darł „pokaż cycki”, widać kultura w narodzie też jeszcze nie zginęła. Rock-metal z damskim wokalem nie jest moją ulubioną dziedziną sztuki, ale coś w tych utworach jednak jest. Było tego w każdym razie na tyle, że czas pozostały do pojawienia się Romka z ekipą, minął całkiem przyjemnie.

Tłum pod sceną, zauważalnie zgęstniał, a światła przygasły co było znakiem że pora na danie główne. Napisałbym coś o oczekiwaniu na mroczne misterium, ale są granice grafomanii, których nawet ja nie przekroczę:) Romek nie jest najlepszym technicznie wokalistą jakiego zrodziła ta ziemia, lata też zrobiły swoje, ale charyzmy i wyrazistości nie da się nauczyć w weekend, a tego mu nikt nie odbierze. Drugą centralną postacią występu okazał się Ireneusz Loth (co słychać szczególnie przy odsłuchu „Biało-czarnej„), nie dość że gra pomysłowo, równo i z wyczuciem to jeszcze ujał mnie „żywym” brzmieniem garów (hasło na dziś: mniej triggerów, więcej życia). Zaczęło się od „Bram żądz„, przez kolejne hity głównie z pierwszych płyt, aż po prapremierę Biało-Czarnej (zagrali połowę, nowe numery zgrabnie wpasowały się w set). Przyjęcie oczywiście świetne, chóralnie śpiewane teksty, młyn pod sceną, Romek również w formie, miotał się po scenie z właściwym sobie zaangażowaniem i nawet jeśli tu i uwdzie nie wyciąga już jak kiedyś to nadrabia wspomnianą już charyzmą. Nie zagrali „Ostatniego taboru” ani „Łzy dla cieniów minionych” za to pojawił się rzadziej grany „Porwany obłędem„. Moment gdy kilkaset gardeł śpiewa „Głos z ciemności„, bezcenny. Ponad godzinę i kilkanaście utworów później byłem pewien – było warto zaryzykować utratę słuchu żeby to przeżyć. Dziś gdy kurz już opadł mogę dodać że Biało-Czarna również się obroniła -  choć zaczyna się nieszczególnie (mam brzydkie podejrzenie że obecność dwóch instrumentali na albumie to efekt tego że Romek mimo roku czasu nie wyrobił się z pisaniem tekstów), to jednak nadal stary dobry Kat, nieco nowocześniej zagrany, za to pełen pomysłów, kilka numerów zaś może godnie stać obok Katowej klasyki, a to więcej niż oczekiwałem.


http://www.mortus.ovh.org/


http://www.myspace.com/absynthpl


http://www.eier.pl/


http://www.myspace.com/katandrk666

Zapuściłem tego bloga strasznie, no ale tak łatwo się nie poddam – wracam do tego co mi tu wychodzi najlepiej czyli zawsze szczerego komentowania odwiedzonych koncertów. Gdyby ktoś przypadkiem spytał po co grzebać się w archiwaliach: dla siebie żebym po dłuższym czasie gdy pamięć zawiedzie mógł sobie przypomnieć na czym byłem i czy akurat mi się podobało:); dla Was drodzy czytelnicy, bo skoro wbrew pozom ktoś to czyta to nie mogę zawieść wszystkich 5 fanów:P; poza tym spisywanie tego nadal daje mi radoche więc czemu nie?:); last but not least niektórzy nadal nie wierzą że jakoś się znam na tym co lubię wiec należy dać odpór ich wątpliwościom albo się podłożyć i potwierdzić ich wizje:P (wszyscy którzy we mnie wierzą mogą tego ostatniego nie czytać tylko od razu przejść do części opisowej bo i tak wiem że wiedzą że wiem że wiedzą że czasem coś sensownie napiszę:P)



Pierwsza odsłona Silesian Massacre Festival to wydarzenie którego nie mogłem przegapić – pierwszy koncert Impaled Nazarene w Polsce i przy okazji prawie wszystko co najlepsze w death/blackowym undergroundzie – godne zwieńczenie sezonu koncertowego 2010. Na początek pochwała dla Piona Art za inicjatywę zorganizowania cyklicznych metalowych festów w Mega Clubie (kolejne w drodzę więc pomysł chwycił, w końcu dobry line up w dobrej cenie i do tego blisko); poza tym to jedna z najlepiej zorganizowanych imprez – przy 11 zespołach opóźnienie wyniosło jakieś pół godziny, przy absolutnie nieralistycznym planie 5 minut sound checku na zespół; kilkuset osobowa frekwecja dopełniła obrazu całości.




Ledwo zdążyłem rzucić okiem na jedno pudło z płytami na stoisku a na scenie już zainstalował się Heretique. Jak przystało na „otwieracza” brzmienie nie powaliło, a ludzie dopiero się schodzili więc i pod sceną pustawo, ale ja wiedziałem że warto się zainteresować i zająłem odpowiednie miejsce obserwacyjne. Heretycy grają thrashujący black metal więc źle być nie mogło. I nie było. Średnie i szybkie tempa, rasowe riffy i zróżnicowany wokal, zgrabnie złożone w black-thrashową paczuszkę kokardką oczywiście nie przewiązane, ale jakieś ćwieki by się pewnie znalazły. Widziałem Heretique kilka miesięcy wcześniej w Marchołcie i na małej scenie przy większym wsparciu spod sceny sprawdzili się jednak lepiej – poza tym wspólnie ze Strzygą machałem wtedy łbem i dostałem od nich demówkę więc nie mogę narzekać:) Dobre otwarcie, ale jak będziecie mieć możliwość to wybierzcie się na jakiś mniejszy koncert z Heretykami w składzie.




Kolejne pół pudła z płytami później i na scene wkroczył, znany mi już występu w Korbie, Underdark. Średnio brutalne, nienachalnie melodyjne death metalowe granie tu i uwdzie wzbogacone o dzwięki skrzypiec i inne ciekawostki – to nie jest muzyka która zmieni wasze życie, ale słucha się tego bardzo przyjemnie i sam od czasu do czasu poświęcam chwilę na spotkanie z „In the name of Chaos„. Dodatkowo na perkusji wyżywa się Blasturbator z Embrional (wszyscy znamy i lubimy więc dodatkowe punkty za to być muszą:P) Pojawił się ten sam problem co poprzednio – mało ludzi pod sceną i niezbyt selektywne brzmienie. Muzycznie się jednak obronili a to najważniejsze.




Dimidium Mei nadal łupie swój programowo siermiężny i zapatrzony w początek lat 90 black metal z uporem godnym lepszej sprawy. Jak grali tak grają, wokalista nadal wygląda tak że występów bez koszulki powinny mu zakazać co bardziej rygorystyczne kowencje rozbrojeniowe a do tego dorobił się fryzury „na pazia” więc wygląda jeszcze okrutniej niż wcześniej. I nadal zupełnie mi to nie przeszkadza – „Flames of hatered” to kopalnia srogich przebojów, które niszczą od pierwszej do ostatniej sekundy (zagrali jeden nowy numer i też trzymał poziom), a poza tym mają w sobie to coś o czym większość tego typu wynalazków może tylko pomarzyć.




Następny w kolejce Infidel postawił na profesjonalną oprawę sceniczną: baner, standy, efektowny make up… Nietety nijak nie przełożyło się to w moim przypadku na wrażenia odsłuchowe – niby wszystko w porządku – Szatan, blasty, siarka i rozpiedol, ale dwoma utworami znudzili mnie tak okrutnie, że resztę występu spędziłem przegladajac zawartość pozostałych stoisk z płytami. O dziwo jako pierwsi zgromadzili więcej ludu pod sceną wiec może to ja się nie znam. Oceńcie sami…




Następnie według rozpiski miał zagrać Enclave (tradycyjny acz zacny black metal), ale w zastępstwie wystąpił Embrional i jeśli ktoś był zawiedziony to na pewno nie ja. Pierwszy występ, który zmoblizował mnie do aktywniejszej zabawy pod sceną, gdzie przy okazji się zagęściło i tak już zostało do końca. Embrionalowe koncerty mógłbym oglądać codziennie, jak zawsze fajnie i zawodowo, obskurny sound dodawał klimatu zamiast przeszkadzać, a w drodze drugi album, wznowienie demo i split, znaczy będzie się jeszcze u nich działo. Taka wizja death metalu to pomost między old schoolowym łupaniem, a bardziej zaawansowanymi technicznie wynalazkami, co prawda to pomost nabijany ćwiekami i śmierdzący siarką ale zawsze pomost:) Wszystkiego po trochu dokładnie tyle żebym się cieszył jak gimnazjalista pierwszym tanim winem:D Jak wiemy z parodii upadku na yt „pierdolnięcie jest najbardziej prymitywnym zabiegiem w historii muzyki” ale czasem trzeba:P




Z Blaze of Perdition mam podobny problem co z Infidelem, niby wszystko w porządku i do niczego się właściwie nie można przyczepić a zupełnie mnie to nie rusza. Poprawny koncert, ludziom się podobało, a w przeciwieństwie do Infidel spokojnie dałem radę wysłuchać tego występu do końca, ale żadnej żywszej reakcji pod wpływem tych dzwięków nie doświadczyłem. Nadal za to lubię EP PerditionAntihuman Divinity” (poprzednie wcielenie Blaze of Perdition) i pewnie zaraz sobie posłucham tak dla równowagi.




Exhalation zagrał kilka szlagierów z „Whorecaust” i wszelkie dywagacje można było odłożyć na bok. Prosta muzyka dla prostych ludzi co wyjaśniałoby dlaczego mi się spodobała:) Co nie może specjalnie dziwić, bo death metal zagrany na thrashową nutę i urozmaicony tam gdzie trzeba rozsądnie dawkowaną melodią to zdecydowanie koncertowa muzyka. Za każdym razem na ich koncercie mogę liczyć na mosh, dobrą zabawę i pierdolnięcie i tak też było tym razem. Swoje trzy grosze dodał też wreszcie naprawdę przyzwoity sound – i tym sposobem można było oczekiwać na występu głównych gwiazd wieczoru.




Na Massemord czekałem ze sporą niecierpliwością. Swego czasu grywali na każdym koncercie w Mega, ale od momentu wydania drugiej płyty zwolnili nieco tempo dając priorytet działalności Furii, by teraz powrócić z nowym równie niszczącym materiałem. Zagrali wszyskiego po trochu – od fragmentów najnowszego dzieła po najlepsze utwory z poprzednich wydawnictw ale przede wszystkim całą konkurencje zniszczyli klimatem swojego występu. Już wcześniej nie grali słabych koncertów ale tym razem to było prawdziwe black metalowe misterium co ważne osiągniete mocą przekazu samej muzyki, co polecam pod rozwagę wszyskim zwolennikom obstawiania sceny tonami banerów statywów i innych pierdół. Massemord wrócił i tylko to się liczy.




Jeśli choć raz widziało się Azarath w akcji to trudno napisać coś nowego w tym temacie. Przyszli (wsparci tym razem obecnością Inferno, chwilowo wolnego od koncertowania z Behemothem), rozpierdolili wszystko i wszystkich w drobny mak i poszli. Nadal nie przekonałem się do „Praise the beast” i nadal wielbię wszystko co nagrali wsześniej bo zawiera wszystko co w siarkowym death metalu być powinno a nawet więcej. Zagrali mniej więcej po równo utwórów z ostatnich trzech płyt wiec wszyscy byli zadowoleni, a kto nie był ten pewnie pomylił koncerty.




 Witchmaster skutecznie omijał moją playlistę, aż do wydania „Trucizny„, teraz już nie omija i ja się z tego faktu niezmiernie cieszę. Po latach niebytu Witchmaster powrócił w glorii i chwale albo w oparach siarki i alkoholu, zależy jak na to patrzeć. Mogę napisać to samo co o poprzednikach: „przyszli (wsparci tym razem obecnością Inferno, chwilowo wolnego od koncertowania z Behemothem), rozpierdolili wszystko i wszystkich w drobny mak i poszli„. Starszy materiał znam słabo ale z tego co się zorientowałem również i ten set był przekrojowy. Po Massemord nie miałem już siły na aktywne uczestnictwo w koncercie i stanąłem spokojnie z boku, ale zarówno Azarath jak i Witchamaster wywołały huragan pod sceną. Za najlepszy komentarz do całości niech posłuży tekst jakim dziewczyna skomentowała chłopaka siedzącego pod ścianą podczas występu zielono-górskiej ekipy gdy spytała z wyrzutem: „na Witchmaster będziesz siedział pedale jeden„?




Impaled Nazarene w końcu przyjechał zagrać na naszej ziemi, napisałbym że zostali powitani chlebem i solą ale w ich przypadku byłaby to raczej wódka i panienki:) Dawno nie widziałem żeby jakaś zagraniczna ekipa miałą taką radochę z tego że u nas gra. Niestety byłem już tak zmęczony (9 godzin festu z czego 7 godzin samej muzyki) więc ograniczyłem się do siedzenia i słuchania ale koncert był i tak bardzo udany. Publiczność szalała razem z Miką w rytm black-punkowych szlagierów z „Ugra Karma” czy „Enlightenment Process” na czele. Świetny koncert pod każdym względem, ale jak mawiają nie ma róży bez ognia czy coś tam:P – ja za to słabłem z minuty na minutę więc po nieco ponad godzinie udałem się w stronę domu tudzież wschodzącego słońca i nie zostałem już na bisach. Kto w tym momencie uznał żem mięczak niech pomyśli że podczas czytania tego tekstu też nie zrobił się młodszy:) Tak czy inaczej warto było, koniec i bomba kto nie był ten trąba. Rzekłem…


Kolejna odsłona remanentu koncertowego – tym razem troszku później ale jakoś się nie mogłem zebrać, a poza tym i tak prawie nikt tego nie czyta:P
Szału nie ma, byłem na więkoszości tego co planowałem choć plan maksimum przewidywał z 10 imprez więcej, ale względy czasowo-finansowo-zdrowotno-towarzyskie spowodowały że wyszło jak wyszło.
Tym razem nie ma się nad czym rozwodzić bo wszystko jest na liscie, żadnych nowych klubów (dobrze że Korba i Kultowa się dzielnie trzymają, a Mega wróciło do organizania koncertów). Nic mnie wybitnie nie zaskoczyło, zwykle było jednak lepiej niż gorzej na szczęście, a najciekawsze już opisywałem… Specjalne wyróżnienie dla Budzyńskiego, bo ten jeden raz nie spodziewałem się nic szczególnego a dostałem jeden z najlepszych koncertów roku. No i jeszcze RUST żeby nie było że nie pamiętam:D
Zakończę tradycyjnym apelem: „Ludzie chodzić na koncerty!„.

1) Kamp!; Rondo Sztuki, Katowice
2) WOŚP 2010: Chico, Progres; Dom Kultury, Świętochłowice
3) WOŚP 2010: CKOD; plac przed Spodkiem, Katowice
4) Sensitive, Killjoy; Korba, Katowice
5) Silver Samurai, CETI; Rocka Music Club, Gliwice
6) Eier; Cafe Racer Club, Dąbrowa Górnicza
7) RUST; Kultowa, Katowice
8) Świniopas, Frontline Attack; Kultowa, Katowice
9) Death Lot Lizard, JD Overdrive, Death Denied; Kultowa, Katowice
10) Bourbon River Tour 2010: JD Overdrive, Lostbone, Carnal, Corruption; Cogitatur, Katowice
11) Fifidroki; Marchołt, Katowice
12) Soul Collector, Alastor, Horrorscope; Rocka Music Club, Gliwice
13) Aealo Tour 2010: Strandhogg, Naumachia, Crionics, Lost Soul, Rotting Christ; Mega Club, Katowice
14) RUST, Dirty Day; Pub Asha, Sosnowiec
15) Maj Music Festiwal: Lipali, Armia; Lotnisko Muchowiec, Katowice
16) Night of the living rock IV: God’s Favourite Drug, RUST, JD Overdrive; 2B3, Katowice
17) MOANAA, Forge of Clouds, Mouga; Marchołt, Katowice
18) Dni Dąbrowy Górniczej: Coma; Park Hallera, Dąbrowa Górnicza
19) Dni Sosnowca: Renata Przemyk, Lao Che, Voo Voo; Park Sielecki, Sosnowiec
20) Masticate, Heretigue, Nox, Snake Eyes; Marchołt, Katowice
21) Akcja „Stop narkotykom”: RUST; Centrum Sztuki Filmowej, Katowice
22) RUST, Schrodinger’s Cat; Grafitti Pub, Dąbrowa Górnicza
23) Maciej Granat; Sosnowieckie Centrum Sztuki – Zamek Sielecki, Sosnowiec
24) Crossroads, Decline; Ośrodek Kultury, Będzin
25) Crank Fest vol I: ACME, JD Overdrive, Silver Samurai; Scena Gugalander, Katowice
26) Brain Blow vol I; Kultowa, Katowice
27) Aealo Tour 2010 part II: Strandhogg, Deivos, Abused Majesty, Lost Soul, Rotting Christ; Rocka Music Club, Gliwice
28) Tomasz Budzyński; Klub im. Jana Kiepury, Sosnowiec
29) Progresive 3D Tour III: Division by Zero, Disperse, Dianoya; Mega Club, Katowice
30) Zniszczyć Wszystko Tour 2010: Frontside, Totem, Coffins, Veal; Mega Club, Katowice
31) Bourbon River Tour 2010 part II: Beerhead, Lostbone, Corruption; Cogitatur, Katowice
32) Taste of the South: RUST, JD Overdrive; Cafe Racer Club, Dąbrowa Górnicza
33) Forge of Clouds, Thaw, Guantanamo Party Program; Pub Asha, Sosnowiec
34) Deviation, Inward, Infatuation of Death, The No Mads; Korba, Katowice
35) Silesian Massacre Festival: Impaled Nazarene, Witchmaster, Azarath, Massemord, Exhalation,
Blaze of Perdition, Embrional, Infidel, Dimidium Mei, Underdark, Heretique
; Mega Club, Katowice

  • RSS